Nie potrzebujesz więcej marketingu. Potrzebujesz marketingu, który ma sens biznesowy

Firmy inwestują dziś w marketing na wielu poziomach jednocześnie. Prowadzą social media, kampanie reklamowe, współpracują z influencerami, rozwijają e-commerce, tworzą content, korzystają z performance marketingu, budują nowe marki, wprowadzają kolejne produkty i szukają nowych kanałów dotarcia do klientów. Z zewnątrz może to wyglądać jak dojrzały, rozbudowany marketing. W praktyce jednak bardzo często okazuje się, że poszczególne działania funkcjonują obok siebie, a nie razem.

Jedna agencja prowadzi social media. Druga odpowiada za performance. Freelancer przygotowuje newsletter. Studio brandingowe pracuje nad nowym opakowaniem. Dział sprzedaży zamawia własne materiały. Zarząd oczekuje wzrostu. Każdy realizuje swoje zadanie, ale nikt nie odpowiada na najważniejsze pytanie: czy wszystkie te działania rzeczywiście prowadzą firmę w jednym kierunku?

To właśnie w tym miejscu marketing przestaje być kwestią liczby aktywności, a zaczyna być kwestią jakości decyzji. Firma nie zawsze potrzebuje kolejnej kampanii, nowego kanału czy większego budżetu. Czasem najpierw trzeba uporządkować markę. Czasem produkt. Czasem portfolio. Czasem komunikację. A czasem cały sposób, w jaki marketing jest zarządzany.

W Meet Strategy patrzymy na marketing właśnie z tej perspektywy. Nie zaczynamy od pytania: „co możemy zrobić?”, tylko od pytania: „co musi wydarzyć się w biznesie?”. Dopiero później dobieramy narzędzia, kanały i zakres współpracy.

Marketing nie zaczyna się od kampanii

Wyobraźmy sobie producenta napojów funkcjonalnych, który od dwóch lat sprzedaje ten sam produkt. Początkowo wyniki były bardzo dobre, ale w pewnym momencie sprzedaż zaczyna zwalniać. Konkurencja rośnie, na rynku pojawiają się kolejne napoje energetyczne, funkcjonalne i witaminowe, a sieci handlowe coraz mocniej walczą o miejsce na półce.

Pierwsza reakcja firmy może być oczywista: potrzebujemy kampanii.

Powstaje więc nowy spot, marka angażuje influencerów, zwiększa wydatki na Meta Ads i TikToka, przygotowuje sampling oraz promocję cenową. Po kilku miesiącach wyniki poprawiają się tylko nieznacznie.

Dlaczego?

Bo prawdziwym problemem nie był brak komunikacji.

Być może konsumenci po prostu nie wiedzą, dlaczego mieliby wybrać właśnie ten produkt. Na półce znajduje się kilkanaście podobnych napojów. Wszystkie mówią o energii, witaminach, funkcjonalności i dobrym smaku. Marka nie ma więc problemu z brakiem reklamy. Ma problem z brakiem wyraźnego powodu wyboru.

W takim przypadku kolejna kampania może jedynie zwiększyć zasięg niejasnego przekazu.

Podobny problem może pojawić się w zupełnie innej branży. Firma technologiczna chce zwiększyć liczbę leadów. Inwestuje więc w Google Ads i LinkedIn Ads. Kampanie generują ruch, użytkownicy wchodzą na stronę, ale niewielu z nich zostawia zapytanie. Pierwsza diagnoza brzmi: reklama nie działa. Tymczasem problem może znajdować się na stronie, w ofercie albo w samym pozycjonowaniu. Jeśli potencjalny klient po dwóch minutach nadal nie rozumie, dlaczego rozwiązanie jest lepsze od tego, które już posiada, zwiększanie budżetu reklamowego niewiele zmieni.

Dlatego marketing powinien zaczynać się od diagnozy. Co dokładnie blokuje wzrost? Znajomość marki? Pozycjonowanie? Produkt? Cena? Dystrybucja? Komunikacja? Oferta? Doświadczenie klienta? Dopiero odpowiedź na to pytanie daje podstawę do wyboru narzędzi.

Zewnętrzny dział marketingu: kiedy firma potrzebuje systemu, a nie kolejnego wykonawcy

Wiele firm dochodzi do momentu, w którym marketing zaczyna rosnąć szybciej niż struktura organizacji.

Na początku wszystkim zajmuje się właściciel. Później pojawia się marketing manager. Następnie firma zatrudnia grafika albo współpracuje z freelancerem. Social media przejmuje agencja, performance kolejny podmiot, a influencer marketing ktoś jeszcze inny. Każda decyzja jest logiczna i odpowiada na konkretną potrzebę. Po kilku latach powstaje jednak system, w którym działa wiele kompetentnych osób, ale brakuje jednej odpowiedzialności za całość.

Wyobraźmy sobie średniej wielkości firmę kosmetyczną. Marka rozwija się dobrze, wprowadza nowe produkty i wchodzi do kolejnych sieci. Social media prowadzi agencja nastawiona na budowanie engagement. Kampanie performance są rozliczane z ROAS. Dział sprzedaży potrzebuje częstych promocji. Influencer manager negocjuje współprace z twórcami. Studio graficzne przygotowuje kolejne opakowania.

Każdy z tych partnerów może osiągać dobre wyniki.

A mimo to marka może stawać się coraz mniej spójna.

Na Instagramie wygląda premium, w reklamach performance komunikuje się niemal wyłącznie promocją, na opakowaniu podkreśla naturalność, a influencerzy opowiadają przede wszystkim o trendach i lifestyle’u. Poszczególne działania przynoszą swoje mikrorezultaty, ale marka jako całość zaczyna wysyłać sprzeczne sygnały.

Zewnętrzny dział marketingu odpowiada właśnie na taki problem. Jego rolą nie jest wyłącznie „robienie marketingu za klienta”. Chodzi o przejęcie funkcji koordynującej: ustalenie priorytetów, przygotowanie planu, połączenie kompetencji, kontrolę budżetu i pilnowanie, aby wszystkie działania realizowały wspólny kierunek.

Dobrym przykładem może być firma rodzinna, która w ciągu kilku lat urosła z lokalnego przedsiębiorstwa do ogólnopolskiego gracza. Sprzedaż wzrosła, zatrudnienie się zwiększyło, pojawiły się nowe kanały dystrybucji, ale sposób zarządzania marketingiem pozostał niemal taki sam jak wcześniej. Właściciel nadal zatwierdza każdy materiał, handlowcy osobno zamawiają prezentacje i ulotki, a kampanie uruchamiane są głównie wtedy, kiedy trzeba wesprzeć sprzedaż.

Taka firma nie potrzebuje kolejnej osoby „od postów”. Potrzebuje marketingu dopasowanego do swojej obecnej skali.

New Product Development: kampania nie uratuje produktu bez wyraźnej roli

W branży FMCG bardzo wiele decyzji marketingowych zapada, zanim ktokolwiek zacznie pracować nad kampanią.

Wyobraźmy sobie producenta żywności, który chce wejść w kategorię wysokobiałkowych przekąsek. Segment rośnie, sieci handlowe są zainteresowane nowymi produktami, a dział sprzedaży widzi potencjał. Firma tworzy baton proteinowy zawierający 20 gramów białka i zakłada, że właśnie ta informacja będzie jego główną przewagą.

Jeszcze kilka lat temu mogłoby to wystarczyć. Dziś jednak półka pełna jest produktów z podobnym claimem.

W tym momencie trzeba zadać znacznie więcej pytań. Czy produkt kierowany jest do osób regularnie trenujących, czy również do konsumentów, którzy chcą ograniczyć tradycyjne słodycze? Czy jego główną rolą jest regeneracja po treningu, szybka przekąska w pracy czy po prostu zdrowiej postrzegana przyjemność? Czy powinien być bardziej sycący, czy bardziej impulsowy? Czy ma konkurować z innymi batonami proteinowymi, czy także z klasycznymi batonami czekoladowymi?

Każda z tych odpowiedzi wpływa na kolejne decyzje.

Jeżeli produkt ma być alternatywą dla słodyczy, smak i przyjemność mogą być ważniejsze niż sportowy wizerunek. Jeżeli ma być rozwiązaniem dla aktywnych konsumentów, większe znaczenie może mieć makroskład, funkcjonalność i wiarygodność kategorii fitness. Jeśli ma być przekąską do biura, potrzebne będzie jeszcze inne pozycjonowanie.

Dopiero wtedy można pracować nad nazwą, opakowaniem, gramaturą, ceną, kanałem sprzedaży i komunikacją.

Podobna sytuacja występuje w beauty. Marka planuje wprowadzić serum z niacynamidem. Sam składnik nie daje jednak przewagi, jeśli na rynku znajduje się kilkadziesiąt podobnych produktów. Firma powinna więc odpowiedzieć nie tylko na pytanie, co chce wyprodukować, ale jaką konkretną potrzebę konsumenta chce rozwiązać i dlaczego ma zrobić to lepiej niż inni.

Największym błędem jest traktowanie kampanii jako etapu, który później „wymyśli historię” dla gotowego produktu.

Dobra historia marketingowa powinna wynikać z samego produktu.

Private label: marka własna to coraz częściej pełnoprawny biznes

Jeszcze kilkanaście lat temu private label kojarzył się przede wszystkim z tańszą alternatywą. Produkt marki własnej miał przypominać lidera kategorii, kosztować mniej i oferować akceptowalną jakość.

Ten model wciąż istnieje, ale nie wyczerpuje już potencjału marek własnych.

Dzisiaj private label może być marką premium, ekspercką, naturalną, funkcjonalną albo silnie wyspecjalizowaną. Może tworzyć całe portfolio i budować własną lojalność.

Wyobraźmy sobie sieć handlową, która sprzedaje własną kawę. Dotychczas produkt pełnił rolę ekonomiczną. Firma dostrzega jednak zmianę zachowań konsumentów i chce wejść w segment premium.

Najprostsza odpowiedź to stworzenie czarnego opakowania, użycie złotej typografii, dodanie informacji o pochodzeniu ziaren i podniesienie ceny.

Tyle że premium nie powstaje od złotego koloru.

Sieć musi najpierw odpowiedzieć, co właściwie będzie oznaczała jakość w tej marce. Czy przewagą będzie konkretny region pochodzenia? Sposób palenia? Wyższa jakość ziaren? Łatwiejszy sposób wyboru kawy? Edukacja klienta? A może stworzenie atrakcyjnego produktu dla osób, które chcą wejść w świat specialty, ale nie chcą płacić cen kawiarni specialty?

Dopiero wtedy można zdecydować, jak szerokie powinno być portfolio, jak nazwać poszczególne warianty i jak zakodować różnice na opakowaniach.

Podobnie wygląda rozwój marki kosmetycznej należącej do sieci drogeryjnej. Jeśli każda nowa linia dostaje własną nazwę, estetykę i obietnicę, portfolio zaczyna przypominać zbiór niezależnych produktów. Jeżeli jednak firma buduje jasną architekturę, każda kolejna premiera może korzystać z kapitału stworzonego przez wcześniejsze produkty.

Private label wymaga więc nie tylko dostawcy i produkcji. Wymaga strategii produktu, marki, portfolio, ceny, komunikacji i przyszłego rozwoju.

Branding: marka musi znaczyć coś konkretnego

Częstym powodem rebrandingu jest zdanie: „nasza marka wygląda już staro”.

Czasami to prawda.

Znacznie częściej jednak problem jest głębszy.

Wyobraźmy sobie polską markę kosmetyczną, która przez pierwsze lata rozwijała się bardzo szybko. Z pięciu produktów zrobiło się czterdzieści. Firma weszła w nowe segmenty, stworzyła kilka linii i współpracowała w międzyczasie z różnymi projektantami.

Każdy element wygląda dobrze osobno.

Ale po zestawieniu wszystkiego razem trudno rozpoznać jeden system.

Jedna linia komunikuje naturalność. Druga wygląda farmaceutycznie. Trzecia premium. Czwarta młodzieżowo. Na stronie internetowej marka mówi o skuteczności składników, na Instagramie o lifestyle’u i kobiecości, a w materiałach handlowych głównie o atrakcyjnej cenie.

Firma może wtedy uznać, że potrzebuje nowego logo.

Tak naprawdę potrzebuje jednak odpowiedzi na znacznie ważniejsze pytanie: czym ma być ta marka?

Branding powinien definiować centralną ideę, wokół której można uporządkować portfolio, komunikację i doświadczenie klienta. Logo jest późniejszym narzędziem tej strategii.

Jeszcze wyraźniej widać to w B2B. Firma produkcyjna może działać od 25 lat, zatrudniać kilkaset osób i sprzedawać na kilkunastu rynkach, a mimo to komunikować się hasłami „jakość, doświadczenie i indywidualne podejście”. Takie określenia mogą być prawdziwe. Problem w tym, że dokładnie to samo mówi większość konkurencji.

W takim przypadku marka nie potrzebuje jedynie nowoczesnego layoutu. Potrzebuje bardziej precyzyjnego pozycjonowania.

Branding powinien sprawić, że klient wie nie tylko, kim firma jest, ale dlaczego warto zapamiętać właśnie ją.

Social media: zasięg nie zawsze oznacza wartość dla marki

Marka może mieć bardzo dobrego TikToka i jednocześnie słabo budować własną rozpoznawalność.

To brzmi jak sprzeczność, ale w praktyce zdarza się często.

Wyobraźmy sobie markę spożywczą, której zespół świetnie zna platformę. Reaguje na trendy, wykorzystuje popularne audio, publikuje memy i przygotowuje szybkie materiały bazujące na bieżących zjawiskach. Filmy osiągają wysokie zasięgi.

Problem pojawia się wtedy, kiedy usuniemy logo.

Czy nadal wiadomo, jaka marka przygotowała ten materiał?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to marka może zdobywać uwagę, ale niekoniecznie zamieniać ją w pamięć.

Dobra strategia social media powinna więc odpowiadać na dwa pytania jednocześnie: co działa na platformie oraz co buduje markę.

Nie trzeba rezygnować z trendów. Trzeba jednak nauczyć się używać ich we własnym języku.

Marka może mieć charakterystyczny rodzaj humoru. Może stworzyć własne powtarzalne formaty. Może konsekwentnie wykorzystywać określony bohater, sposób kadrowania produktu, ton wypowiedzi czy konkretne sytuacje konsumpcyjne.

Social media mogą również realizować cele znacznie bardziej bezpośrednio biznesowe. Marka FMCG może wykorzystać krótkie video nie tylko do generowania wyświetleń, ale także do wprowadzania nowego produktu, edukowania konsumenta, pozyskiwania materiałów UGC, wspierania e-commerce czy testowania komunikatów przed większą kampanią.

Wtedy pytanie nie brzmi już „ile razy publikujemy w tygodniu?”, tylko „jaką pracę social media wykonują dla marki?”.

Kampanie reklamowe: ta sama kategoria, zupełnie różne problemy

Wyobraźmy sobie trzy marki jogurtów.

Pierwsza dopiero wchodzi na rynek. Niewielu konsumentów zna jej nazwę. Produkt ma atrakcyjny koncept, ale jego głównym problemem jest brak świadomości. W tej sytuacji kampania musi przede wszystkim sprawić, że marka zostanie zauważona, zapamiętana i powiązana z jednym wyraźnym powodem zakupu.

Druga marka funkcjonuje na rynku od dwóch dekad. Jej znajomość jest wysoka, ale produkt jest postrzegany jako oferta dla starszych konsumentów. Problemem nie jest więc awareness. Marka potrzebuje rozszerzyć lub zmienić skojarzenia. Kampania powinna pokazać ją w nowych sytuacjach konsumpcyjnych i stworzyć powód zainteresowania dla młodszych odbiorców.

Trzecia marka jest znana, ma dobre wyniki wizerunkowe, ale jeden z nowych wariantów nie rotuje wystarczająco szybko. Tutaj problem może leżeć bardzo blisko momentu zakupu. Być może potrzebny jest sampling, lepsza ekspozycja, retail media, mocniejsze wsparcie handlowe i prostsze zakomunikowanie przewagi produktu.

Wszystkie trzy firmy mogą zgłosić agencji dokładnie ten sam brief: „potrzebujemy kampanii”.

Każda tak naprawdę potrzebuje czegoś innego.

Dlatego kampania nie powinna zaczynać się od pomysłu kreatywnego. Powinna zaczynać się od zdefiniowania problemu, który ma rozwiązać.

Dopiero wtedy można sensownie zdecydować o mediach, kreacji, zasięgu, częstotliwości, CTA i KPI.

Influencer marketing: największy twórca nie zawsze jest najlepszym wyborem

Influencer marketing bardzo łatwo oceniać tabelą.

Liczba obserwujących. Zasięg. Engagement rate. Cena publikacji. CPM.

Te liczby są ważne, ale same nie odpowiadają na pytanie, czy twórca jest dobry dla konkretnej marki.

Załóżmy, że firma wprowadza suplement wspierający sen. Może współpracować z dużą influencerką lifestyle’ową mającą dwa miliony obserwujących. Taka współpraca może dać natychmiastową skalę.

Może jednak również wybrać kilkunastu mniejszych twórców zajmujących się wellbeing, produktywnością, regeneracją i zdrowymi nawykami. Każdy z nich ma mniejszy zasięg, ale ich społeczności są silnie zainteresowane tematem.

Który model jest lepszy?

To zależy od celu.

Jeśli marka chce w krótkim czasie zbudować świadomość premiery, duży twórca może być odpowiednim wyborem. Jeśli musi najpierw edukować, wyjaśnić sposób użycia i zbudować wiarygodność, mniejsze profile mogą wykonać tę pracę skuteczniej.

Jeszcze inaczej wygląda kampania sprzedażowa. Wtedy potrzebne są linki afiliacyjne, kody, odpowiedni landing page i możliwość oceny realnej konwersji.

Podobny mechanizm działa w FMCG. Marka sosów może współpracować z twórcami kulinarnymi, którzy pokazują produkt w przepisach. Producent przekąsek może wykorzystać influencerów lifestyle’owych do stworzenia nowej okazji konsumpcyjnej. Marka kosmetyczna może postawić na twórców wyspecjalizowanych w danym problemie skóry.

Twórca nie powinien więc być wybierany wyłącznie dlatego, że jest popularny.

Powinien dostać konkretne zadanie do wykonania.

Marketing 360°: nie trzeba być wszędzie

Marketing 360° bywa rozumiany jako maksymalizacja liczby kanałów.

Jeżeli jest budżet, robimy digital, outdoor, influencerów, PR, event, content, social media i coś jeszcze.

To nie jest integracja. To lista zakupów.

Prawdziwe podejście 360° zaczyna się od określenia roli poszczególnych punktów styku.

Wyobraźmy sobie premierę bezalkoholowego napoju kierowanego do młodych dorosłych.

Outdoor może zakodować opakowanie i zwiększyć masową rozpoznawalność. TikTok może pokazać produkt w sytuacjach konsumpcyjnych. Influencerzy mogą nadać mu kontekst społeczny i wygenerować pierwsze próby. Event może pozwolić ludziom fizycznie doświadczyć produktu. PR może wykorzystać szerszy trend związany z ograniczaniem alkoholu. Retail media mogą przypomnieć o produkcie w momencie, w którym konsument jest już blisko decyzji zakupowej.

Każdy kanał wykonuje inną pracę.

Ale wszystkie powinny budować ten sam obraz marki.

Podobny model może działać przy premierze linii kosmetycznej. Najpierw marka buduje wiarygodność i edukację. Następnie twórcy pokazują sposób używania. Performance zbiera zainteresowanych odbiorców. Retargeting kieruje do zakupu. Opinie i UGC później stają się kolejnym materiałem wspierającym konwersję.

Marketing 360° nie oznacza więc, że marka musi być wszędzie.

Oznacza, że wszystkie wybrane działania powinny mieć logiczną rolę w jednym systemie.

Strategia i kreacja powinny działać razem

W marketingu można spotkać dwa skrajne modele.

Pierwszy to strategia, która kończy jako prezentacja.

Powstaje pięćdziesiąt slajdów o rynku, konsumentach, archetypie marki, osobowości i pozycjonowaniu. Dokument zostaje zaakceptowany, a później zespół wraca do tworzenia kolejnych kampanii niemal dokładnie tak, jak robił to wcześniej.

Drugi model to kreacja bez wystarczającej strategii.

Powstaje efektowna kampania, atrakcyjny film, dobry pomysł albo viralowy format, ale trudno powiedzieć, jaki problem marki właściwie rozwiązuje.

Oba podejścia są niewystarczające.

Strategia ma wartość dopiero wtedy, kiedy wpływa na decyzje. Powinna być widoczna w produkcie, identyfikacji, reklamie, social mediach, współpracach z influencerami, doświadczeniu klienta i materiałach sprzedażowych.

Jeżeli strategia mówi, że marka chce być najbardziej dostępnym ekspertem w kategorii, powinno być to widoczne nie tylko w prezentacji, ale także w sposobie, w jaki produkt jest opisany, jak działa obsługa klienta i jakie treści marka publikuje.

Kreacja z kolei powinna nadawać strategii formę, która przyciąga uwagę i zostaje zapamiętana.

Strategia bez egzekucji jest teorią.

Kreacja bez strategii jest efektem.

Najwięcej wartości powstaje wtedy, kiedy jedno wynika z drugiego.

Kiedy firma potrzebuje partnera strategicznego

Nie każda organizacja potrzebuje zewnętrznej agencji strategicznej. Są jednak momenty, w których spojrzenie z zewnątrz może uporządkować problemy, które wewnątrz firmy wydają się już normalnym elementem codzienności.

Pierwszym sygnałem jest rosnąca liczba działań przy malejącej przejrzystości. Firma robi coraz więcej, ale coraz trudniej odpowiedzieć, co naprawdę działa.

Drugim jest szybki wzrost. Powstają nowe produkty, nowe kanały sprzedaży i nowe grupy klientów, ale marketing nie nadąża z porządkowaniem portfolio i komunikacji.

Trzecim sygnałem jest wejście w nowy obszar. Firma chce zbudować markę własną, wejść w FMCG, rozpocząć ekspansję zagraniczną albo uruchomić zupełnie nową kategorię.

Czwartym jest rozbieżność pomiędzy skalą biznesu a skalą marki. Firma ma setki pracowników i dużą sprzedaż, ale jej komunikacja nadal wygląda tak jak wtedy, gdy była niewielkim przedsiębiorstwem.

Piątym jest brak wyraźnej odpowiedzialności za marketing. Jest wiele osób i dostawców, ale decyzje zapadają reaktywnie, a nie strategicznie.

W takich sytuacjach problemem zazwyczaj nie jest brak kolejnego kanału.

Problemem jest potrzeba poukładania całości.

Jak może wyglądać współpraca

Nie każda firma potrzebuje takiego samego modelu.

Jedna organizacja może potrzebować pełnego zewnętrznego działu marketingu, który przejmie planowanie i koordynację działań.

Inna ma już mocny wewnętrzny zespół, ale przygotowuje rebranding i potrzebuje partnera strategicznego do prowadzenia konkretnego projektu.

Kolejna chce stworzyć nową markę FMCG i potrzebuje wsparcia od analizy rynku, przez koncept produktu i branding, aż po launch.

Jeszcze inna ma dobrze funkcjonujący marketing, ale potrzebuje specjalistycznej wiedzy w influencer marketingu, social mediach albo kampanii 360°.

Zakres powinien wynikać z problemu, a nie odwrotnie.

To istotna różnica. Agencja może oczywiście posiadać szerokie kompetencje, ale nie oznacza to, że każdy klient potrzebuje wszystkich usług jednocześnie.

Dojrzałe podejście polega również na umiejętności powiedzenia: tego teraz nie potrzebujesz.

Najczęstsze błędy firm kupujących marketing

Jednym z częstszych błędów jest rozpoczynanie przetargu na agencję zanim organizacja ustali, jaki problem chce rozwiązać.

Powstaje brief na „kompleksową kampanię 360°”, ale firma nie wie jeszcze, czy chce zwiększyć penetrację, poprawić retencję, wejść do nowej grupy czy zwiększyć sprzedaż konkretnej linii produktowej.

Agencje przygotowują więc różne pomysły, a klient wybiera ten, który najbardziej mu się podoba.

To bardzo ryzykowny sposób inwestowania budżetu.

Drugim błędem jest ciągła zmiana kierunku. Nowy dyrektor marketingu oznacza nowe hasło. Nowa agencja oznacza nowy styl. Po roku wszystko zaczyna się od początku.

Trzecim jest ocenianie każdej aktywności wyłącznie przez krótkoterminowy efekt sprzedażowy. Niektóre działania mają sprzedaż generować natychmiast. Inne mają budować znajomość, wyróżnialność albo przyszły popyt. Jeżeli każdy projekt ocenia się identycznym KPI, część decyzji będzie błędna.

Kolejnym problemem jest brak właściciela procesu. Agencja odpowiada za reklamę, dział handlowy za sprzedaż, produkt za portfolio, a e-commerce za własne wyniki. Tymczasem dla konsumenta jest to jedna marka.

Klient nie widzi struktury organizacyjnej.

Widok ma tylko jeden: doświadczenie marki.

Jak mierzyć, czy marketing działa

Nie istnieje jeden uniwersalny zestaw wskaźników marketingowych.

Kampania launchowa może być oceniana przez znajomość produktu, trial, dystrybucję i pierwszą sprzedaż.

Działania performance przez koszt pozyskania klienta, wartość koszyka, ROAS czy konwersję.

Branding może wymagać pomiaru rozpoznawalności, skojarzeń, distinctive assets albo preferencji.

New Product Development powinien być oceniany także przez wyniki samego produktu: rotację, powtarzalność zakupu, udział w portfolio, marżę i zdolność do dalszego skalowania.

Influencer marketing może realizować zarówno cele zasięgowe, jak i sprzedażowe. Dlatego same wyświetlenia nie zawsze będą odpowiedzią.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy łatwo dostępny wskaźnik zastępuje właściwy wskaźnik.

Marketerzy mierzą liczbę lajków, bo łatwo ją sprawdzić. Liczbę publikacji, bo łatwo ją policzyć. CTR, bo platforma go pokazuje.

Tymczasem prawdziwe pytanie może brzmieć: czy marketing pomógł firmie osiągnąć to, po co został uruchomiony?

Dobry marketing polega również na rezygnowaniu

Jedną z najbardziej niedocenianych kompetencji marketingowych jest umiejętność powiedzenia „nie”.

Nie każda marka potrzebuje TikToka.

Nie każda firma potrzebuje rebrandingu.

Nie każdy produkt wymaga kampanii telewizyjnej.

Nie każdy trend powinien być wykorzystany.

Nie każdy influencer jest właściwy.

Nie każdy kanał zasługuje na budżet.

Dojrzałość marketingowa nie polega na tym, że marka robi wszystko. Polega na tym, że potrafi świadomie wybrać rzeczy, które mają największy potencjał, i konsekwentnie się na nich koncentrować.

Czasem najlepszym ruchem będzie zwiększenie budżetu. Czasem stworzenie nowego produktu. Czasem uproszczenie portfolio. Czasem rebranding. Czasem zatrzymanie kampanii i cofnięcie się do strategii.

Marketing nie powinien być zbiorem aktywności wykonywanych dlatego, że „tak się teraz robi”.

Powinien być systemem decyzji.

I właśnie dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: jakiej usługi marketingowej potrzebuje firma?

Lepsze pytanie brzmi:

co musi zmienić się w biznesie i jak marketing może realnie pomóc tę zmianę osiągnąć?

To od tej odpowiedzi powinna zaczynać się każda strategia, każda kampania i każda dobra współpraca pomiędzy firmą a agencją.

Visited 24 317 times, 1 visit(s) today